16.09.2026
Strzyżów in Rock 2026

Rock ma wiele twarzy. Może być prostym, punkowym komunikatem, może opowiadać o rzeczach niewygodnych, zaglądać w ciemniejsze zakamarki ludzkiej natury, a może też z pełną świadomością własnej konwencji śmiać się z samego siebie. Podczas tegorocznego Strzyżów in Rock można było usłyszeć kilka bardzo różnych odpowiedzi na pytanie, czym dzisiaj jest muzyka gitarowa.
5 września plac przed Domem Kultury „Sokół” w Strzyżowie należał do gitar. Tegoroczny skład połączył młodych muzyków dopiero zdobywających sceniczne doświadczenie z wykonawcami reprezentującymi punk rock, współczesne ciężkie granie, szeroko rozumiany rock i klasyczny heavy metal.
Festiwal otworzyli uczniowie Szkoły Muzycznej Passione. Dla młodych wykonawców był to przede wszystkim sprawdzian zupełnie inny od szkolnej sali czy próby – duża scena, profesjonalne nagłośnienie i publiczność, która przyszła na pełnoprawny rockowy koncert. Właśnie dlatego ich obecność w programie miała znaczenie: Strzyżów in Rock nie miał być wyłącznie prezentacją gotowych, znanych zespołów, ale również miejscem dla tych, którzy swoją przygodę ze sceną dopiero zaczynają.



Farben Lehre – punk, który ma coś do powiedzenia
Po młodych muzykach scenę przejęło Farben Lehre. I tutaj charakter wieczoru zmienił się natychmiast.
Zespół Wojciecha Wojdy od lat pozostaje mocno zakorzeniony w punk rocku, ale nigdy nie zamknął się w jego najprostszym schemacie. W jego muzyce szybkie, melodyjne gitarowe numery sąsiadują z reggae, ska i bardziej rockowym graniem. To właśnie ta stylistyczna swoboda sprawia, że Farben Lehre trudno sprowadzić wyłącznie do kilku punkowych akordów granych w szybkim tempie.
Jeszcze ważniejsze od stylistycznych szufladek są jednak teksty. Wojciech Wojda pisze językiem prostym i komunikatywnym, ale często dotyka spraw społecznych: konformizmu, podziałów, władzy, obojętności czy potrzeby zachowania własnego zdania. Z drugiej strony Farben Lehre potrafi pisać o przyjaźni, wspólnocie, relacjach i zwyczajnym życiu – często z humorem i bez punkowego zadęcia.
To właśnie ta mieszanka dobrze tłumaczy fenomen zespołu. Farben Lehre nie gra punka jako muzealnego eksponatu. Ich utwory są melodyjne, refrenowe i stworzone do wspólnego śpiewania, ale pod tą koncertową bezpośredniością często kryje się konkretny komunikat.
W Strzyżowie ta formuła zadziałała dokładnie tak, jak powinna działać muzyka punkowa – bez wyraźnej granicy między sceną a publicznością. Wojciech Wojda od początku miał z ludźmi doskonały kontakt: rozmawiał, reagował na to, co działo się pod sceną i prowadził koncert z naturalnością człowieka, który po tysiącach zagranych występów nadal naprawdę lubi być blisko swojej publiczności.
Najlepiej było to widać podczas finałowego numeru. Wojda zszedł ze sceny i podszedł bezpośrednio do stojących przed nią ludzi. Nie przerywając śpiewania, cierpliwie zbijał piątki z kolejnymi osobami – bez pośpiechu i bez gestu wykonanego tylko „pod publiczkę”. Przez chwilę koncert przestał mieć klasyczny podział na zespół i widownię.
I być może właśnie ta scena najlepiej podsumowała występ Farben Lehre. Punk rock w ich wykonaniu nie polega wyłącznie na tempie, gitarach i tekstach komentujących rzeczywistość. Ważna jest także wspólnota tworzona podczas koncertu – poczucie, że muzycy nie grają dla ludzi, ale razem z nimi. Po tylu latach na scenie Wojda wciąż potrafi skrócić dystans do kilku centymetrów i zwykłego zbicia piątki.



Farben Lehre to jeden z tych zespołów, których nie da się pomylić z żadnym innym. Mocne gitarowe brzmienie, wyraziste teksty, punkrockowa energia i bezpośredni kontakt z publicznością od lat są ich znakiem rozpoznawczym. Przez lata działalności zespół wypracował własny styl i wierne grono fanów, a koncerty są zdecydowanie tym, w czym czują się najlepiej.
W Strzyżowie również nie zabrakło tej charakterystycznej mieszanki rockowej energii i scenicznego luzu. Było głośno, dynamicznie i bez zbędnego dystansu. Muzycy szybko złapali kontakt z publicznością, a plac pod „Sokołem” zaczął żyć własnym koncertowym rytmem. To był moment, kiedy było już wiadomo, że ten wieczór na pewno nie skończy się na spokojnym słuchaniu muzyki. Strzyżów in Rock dopiero się rozkręcał.
Kolejnym zespołem, który pojawił się na scenie, był Alergen z Krakowa. Ich występ był kolejną dawką gitarowego grania. Alergen działa na polskiej scenie od 2005 roku, a swoją muzykę określa jako połączenie rocka, rock’n’rollowej energii i bardziej przebojowego brzmienia.



Alergen – rock bez stylistycznego kagańca
Po Farben Lehre przyszedł czas na krakowski Alergen z Pawłem Nawrockim na wokalu.
W przypadku Alergenu najważniejsza jest swoboda poruszania się wewnątrz szeroko rozumianego rocka. To granie oparte na gitarach, mocnej sekcji rytmicznej i wyraźnej melodii, ale bez potrzeby udowadniania przynależności do jednej konkretnej rockowej szufladki. Obok cięższych fragmentów pojawia się rock’n’rollowa bezpośredniość i bardziej przebojowe podejście do pisania piosenek.
Dzięki temu był to również dobry łącznik pomiędzy punkową bezpośredniością Farben Lehre a znacznie cięższą częścią wieczoru. Alergen nie próbował konkurować z poprzednikami szybkością ani z następcami ciężarem. Postawił na klasyczne rozumienie zespołu rockowego: wokal, riff, rytm i piosenkę.



Symptone – czy Strzyżów jest gotowy na taki ciężar?
Największą niewiadomą tegorocznego składu był chyba Symptone. Rzeszowski kwartet tworzą Piotr Kłęczek – wokal, Tomasz Solecki – bas, Tomasz Balicki – gitara oraz Łukasz Zembroń – perkusja.
Przed koncertem można było zadać sobie jedno pytanie: czy strzyżowska publiczność jest gotowa na taki ciężar?
Bo Symptone nie próbuje łagodnie wprowadzać słuchacza w swoją muzykę. Tutaj punkowa prostota ustępuje miejsca nisko osadzonym riffom, potężnej sekcji rytmicznej i brzmieniu czerpiącemu z nu-metalu, alternatywnego metalu i ciężkiego rocka przełomu lat 90. i 2000. Jest w tym sporo mroku, ale przede wszystkim coś znacznie trudniejszego do zamknięcia w gatunkowej etykiecie – zadziorność i surowość.
Odpowiedź na pytanie o reakcję publiczności przyszła właściwie od pierwszych sekund koncertu.
Symptone porwało tłum natychmiast. Nie potrzebowali kilku utworów na zbudowanie atmosfery ani oswajania publiczności z cięższym materiałem. Zadziorna, surowa energia zespołu od razu przeniosła się pod scenę, a coś, co przed występem mogło wydawać się ryzykownym stylistycznie punktem programu, okazało się jednym z jego najmocniejszych momentów. Strzyżowska publiczność ten egzamin zdała razem z zespołem – i to znakomicie.
Istotna jest przy tym warstwa tekstowa Symptone. Na wydanej w 2025 roku płycie „Intencja Złej Woli” zespół skierował uwagę ku ciemniejszym stronom ludzkiej psychiki i natury. Ciężar muzyki nie jest więc wyłącznie kwestią przesterowanych gitar – współgra z tematyką utworów. Agresywne fragmenty są zestawiane z melodyjnością i bardziej emocjonalnymi momentami, dzięki czemu muzyka Symptone działa poprzez kontrast.
W programie Strzyżów in Rock był to ważny punkt również z innego powodu. Symptone pokazało inne pokolenie ciężkiego grania – wychowane już nie tylko na klasycznym hard rocku i metalu, lecz również na grunge’u, alternatywie i nu-metalu.






Nocny Kochanek – metal, który doskonale wie, że jest metalem
Finał należał do Nocnego Kochanka. I trudno byłoby znaleźć zespół, który lepiej pokazywałby, jak można jednocześnie bardzo serio traktować muzykę i kompletnie nie traktować serio własnego wizerunku.
Bo żart Nocnego Kochanka działa właśnie dlatego, że od strony muzycznej zespół potrafi grać heavy metal bez żadnego cudzysłowu.
W ich utworach bez trudu można odnaleźć język klasyków gatunku: galopujące rytmy, podwójne gitary, wysokie partie wokalne, melodyjne solówki i monumentalne refreny. Słychać tu tradycję Iron Maiden, Judas Priest czy Helloween, ale również hard rock i cięższe odmiany metalu. Nocny Kochanek zna ten język doskonale – i właśnie dlatego może się nim tak skutecznie bawić.
Dopiero na tym fundamencie zbudowany jest cały dowcip.
Nocny Kochanek wykorzystuje patos heavy metalu, jego charakterystyczny język i wizerunek, żeby opowiadać o sprawach zdecydowanie mniej pomnikowych: miłości, alkoholu, seksie, kacu, kebabach, nieudanych podbojach miłosnych czy codziennych przygodach przedstawiciela polskiej subkultury metalowej. Humor opiera się na pastiszu, dwuznacznościach, grach językowych i świadomym zderzaniu epickiej muzycznej formy z bardzo przyziemną treścią.
To jednak coś więcej niż seria muzycznych dowcipów. Nocny Kochanek stworzył własny świat i własnego bohatera – trochę romantyka, trochę imprezowicza, trochę stereotypowego metalowca. Zespół potrafi jednocześnie śmiać się z metalowej subkultury i okazywać jej autentyczną sympatię. Dlatego pastisz nie zamienia się tutaj w kpinę z odbiorcy. Przeciwnie – publiczność jest częścią żartu.
Dobrze pokazuje to również dyskografia. „Hewi Metal”, „Zdrajcy Metalu”, „Randka w Ciemność”, „O Jeden Most Za Daleko” czy „Urwany Film” konsekwentnie rozwijają język i świat stworzony przez zespół. „Urwany Film” idzie w tym jeszcze dalej – poszczególne utwory działają samodzielnie, ale słuchane po kolei układają się w jedną historię.
W Strzyżowie właśnie ta kombinacja muzycznej sprawności i kompletnego braku pompatyczności okazała się idealna na finał.
Ciężkie riffy, charakterystyczny głos Krzysztofa Sokołowskiego i refreny stworzone do śpiewania przez cały plac dostały dodatkowo oprawę pirotechniczną. Ogień nie był tutaj przypadkowym festynowym dodatkiem – przy muzyce, która świadomie korzysta z całego arsenału heavymetalowego widowiska, pasował znakomicie.
Cztery różne spojrzenia na rock
Tegoroczny Strzyżów in Rock pokazał przede wszystkim, jak pojemnym określeniem jest dziś „muzyka rockowa”.
Farben Lehre przypomniało jej punkowe korzenie – potrzebę komentowania rzeczywistości, prostotę komunikatu i bliskość z publicznością. Alergen reprezentował bardziej klasyczne, piosenkowe podejście do rockowego grania. Symptone przeniosło ciężar w stronę współczesnego metalu, łącząc masywne riffy z bardziej introspektywną tematyką. Nocny Kochanek zamknął wieczór klasycznym heavy metalem przepuszczonym przez filtr pastiszu, absurdu i bardzo polskiego poczucia humoru.
I chyba właśnie w tej różnorodności najlepiej było widać sens całego wydarzenia. Nie chodziło o kilka zespołów grających jeden po drugim podobną muzykę. Każdy kolejny występ pokazywał inną możliwość wykorzystania gitar, perkusji i rockowej formy – od punkowego komentarza społecznego po metalową autoironię.
A kiedy na finał nad sceną pojawił się ogień, trudno było mieć wątpliwości, że Strzyżów in Rock nie zamierza kończyć tegorocznej edycji po cichu.
Redakcja DK